Franek Sterczewski

Kiedy w Poznaniu, w letni dzień ludzie znoszą koce i dywany na Plac Wolności, albo ustawiają lampy nad Starym Korytem Warty, czy też w pierwszy dzień wiosny ruszają w kolorowym orszaku na Pogrzeb Zimy, to jednego możemy być pewni – stoi za tym nasz dzisiejszy bohater. Franek Sterczewski, bo o nim mowa, to urodzony animator, koordynator wydarzeń kulturalnych i społecznik, który od wielu lat stara się pokazać mieszkańcom Poznania, że dzięki takim wydarzeniom, żyje się nam przyjemniej. Jest on również ważnym głosem jeśli chodzi o problemy przestrzenne miasta – doskonale je dostrzega i podpowiada, jak można je rozwiązać.

Franka odwiedziłyśmy w jego rodzinnym domu, w listopadowe przedpołudnie. Od progu przywitała nas wesoła gromada dzieci, dźwięk perkusji, odgłosy z kuchni, w której mama Franka akurat gotowała obiad. Wszystko to tworzyło niepowtarzalną atmosferę domu, w którym, jak sam bohater mówi, znajduje spokój. Z Frankiem tego dnia porozmawiałyśmy o Poznaniu, o jego przeprowadzce do Warszawy i o tym, jak trudno jest opuszczać rodzinne miasto.

Franku, znajdujemy się w twoim domu w Poznaniu, opowiedz proszę o tym miejscu.

Mój dom znajduje się na ulicy Krzyżowej, na Wildzie, zaraz przy ulicy Dolna Wilda, tuż przy parku Jana Pawła II i rzut beretem od Rynku Wildeckiego. Mieszkam tu od 15 lat i jest to mój dom rodzinny, moje gniazdo, w którym już teraz rzadziej bywam, bo od kilku miesięcy żyję w Warszawie. Ale ja raczej mówię, że jestem jedną nogą tu i jedną nogą tam.
Cóż mogę powiedzieć o tym miejscu jeszcze? Mnóstwo historii się tu wydarzyło, które teraz jest mi trudno w jednym zdaniu opowiedzieć. Ten dom zawsze kojarzy mi się ze świętami,
z Gwiazdką, z robieniem pierników i z grami planszowymi. To miejsce jest moim azylem, gdzie znajduję spokój. To taka moja przytulna kryjówka.

A czy decyzja o wyprowadzce z rodzinnego miasta była łatwa? Jesteś bardzo mocno kojarzony z Poznaniem i moim zdaniem będzie to duża strata dla miasta, jeśli przestaniesz tu działać.

Nie czuję, żebym to miasto opuścił czy definitywnie porzucił. Nie czuję się jeszcze Warszawiakiem. Pochodzę z Poznania, tutaj się urodziłem i spędziłem 25 lat swojego życia. Tutaj również, kilka miesięcy temu, skończyłem studia na Uniwersytecie Artystycznym, które w dużej mierze trzymały mnie w tym mieście. Studiowanie architektury było wspaniałą, choć trochę burzliwą, przygodą, która wniosła bardzo dużo do mojego życia. Poznałem wielu cudownych ludzi, od których sporo się nauczyłem. Studiowanie i mieszkanie w Poznaniu było powodem, dla którego działałem w tym mieście. Jestem takim typem człowieka, który myśli o miejscu, w którym żyje, wskazuje problemy i próbuje je rozwiązywać niezależnie od tego, gdzie by nie był. Wydaje mi się, że jeśli kolejny rok spędzę w Warszawie, a następne kilka lat w Nowym Jorku czy Bangkoku, to będę starał się naprawiać okolicę, w której aktualnie żyję. Zawsze mnie interesowała i nurtowała tematyka miasta i przestrzeni wokół niego. Nie ukrywam, że opuszczanie Poznania nie jest łatwe. Jestem do tego miasta przywiązany, chociażby ze względu na ludzi, którzy tu mieszkają. Na swój sposób kocham to miasto. Ubolewam, że nie mam pomysłu na pracę w Poznaniu. Skończyłem architekturę, ale niekoniecznie chcę być zatrudniony w biurze architektonicznym. Przez ostatnie miesiące miałem okazję pracować przy organizacji 130 urodzin Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. Wiązało się to z tym, że zamieszkałem w Warszawie, w życie której powoli zacząłem wsiąkać i znajdować kolejne zlecenia, które mnie teraz z tym miastem wiążą.

Franku jesteś kolejną osobą, która postanowiła w ostatnim czasie wyjechać z Poznania. Jest to trochę niepokojące i zauważalne przez wielu zjawisko. Jak Ty się do tego odnosisz?

Przyczyn takiej sytuacji jest wiele. Najbardziej zauważam to w świecie sztuki, w którym się obracam. W Poznaniu jest niewiele miejsc, które myślą współcześnie o sztuce, o robieniu ciekawych wystaw czy kulturalnych wydarzeń, w których młodzi ludzie mogliby się rozwijać twórczo i jednocześnie zarabiać na życie. Moim zdaniem, Poznań jest świetny do życia dla informatyków albo dla osób, które chciałyby pracować w gastronomii, ponieważ dla takich osób jest dużo miejsc pracy. Pod tym względem jesteśmy konkurencyjni dla innych miast, mamy mnóstwo fajnych restauracji. Jeśli ktoś chciałby zostać kucharzem, kelnerem czy barmanem to ma w czym wybierać. Ja bardzo lubię pracę kelnerską, w wakacje pracowałem w Winiarni Pod Czarnym Kotem, ale czuję, że mam to za sobą, że chcę się rozwijać.

Skoro wspomniałeś o Winiarni, to może pomówmy teraz o plusie tego miasta, jakim są pojawiające się od kilku lat, w różnych dzielnicach, ośrodki, które aktywizują wokół siebie społeczności i ożywiają przestrzeń.

To jest niesamowite, bo tak jak możemy narzekać na Poznań w tej dużej skali, że inwestycje są źle planowane, czy że jest beznadziejny dworzec i stadion, tak jeśli chodzi o te małe, lokalne działania mieszkańców i drobnych przedsiębiorców, to widzimy mnóstwo świetnych inicjatyw. Dzięki takim ludziom ożywa miedzy innymi ulica Taczaka czy Środka. Miejsca, które są tam tworzone, są jak takie małe słońca, które promieniują na całą okolicę i aktywizują lokalną społeczność, przyciągają ludzi. Kawiarnie, które tam powstają mają charakter miastotwórczy. Warto też wspomnieć o kolektywach: Kolektyw 1a, Kolektyw Kąpielisko, Kolektyw Współpracownia, które pełnią funkcję osiedlowych domów kultury, w których można się spotkać i porobić wiele ciekawych rzeczy. Uważam, że im więcej takich miejsc i świadomych ludzi, którzy uczestniczą w życiu miasta, mają większe potrzeby kulturalne i wymagają czegoś więcej, tym zmiany w Poznaniu będą szersze i bardziej możliwe.

A jak z Twojej perspektywy, z punktu widzenia mieszkańca Wildy, właśnie ta część Poznania się zmienia?

Póki co rozwija się powoli, albo się zwija. Widać to na przykładzie dwóch sąsiednich ulic. Wierzbięcice i Górna Wilda. Pierwsza ulica to w zasadzie symbol degradacji dzielnicy. Prawie każdy sklep, czy usługa, która próbuje się tu rozkręcić, poddaje się po maksymalnie pół roku swojej działalności. Lokal, w którym niedawno otwierała się cukiernia, już czeka na kolejnego najemcę.
Najbardziej jaskrawy obrazek: Kino Wilda które przez brak wyobraźni miejskich włodarzy zamieniono w dyskont z bożą krówką. Wierzbięcice, niegdyś zielona, dziś szara, gęsto zastawiona samochodami, smutna ulica, pozostaje wyzwaniem dla zarządców miasta.
Jej przeciwieństwem jest Górna Wilda, która jest naturalnym, spacerowym przedłużeniem handlowej Półwiejskiej. Na pierwszy rzut oka widać, że dzieje się tu o wiele więcej. Zamiast pustego lokalu, sklep z grami planszowymi, czy tani bar z jedzeniem na wagę. Górna Wilda ma tą przewagę nad Wierzbięcicami, że ma kilka zielonych skwerów, przez co zwyczajnie jest przyjemniejsza w odbiorze. Jeśli uda się uratować skrzyżowanie z ulicą Królowej Jadwigi od przejść podziemnych, to sądzę, że to ta ulica będzie wiązać Wildę z centrum miasta.
W dalszej perspektywie są tzw. wolne tory, czyli olbrzymie tereny pofabryczne, drastycznie oddzielające Wildę od Łazarza. To ogromny potencjał i teren w zasadzie na nową dzielnicę, która powinna spajać te dwie części miasta. Oby spotkało to miejsce lepszy los niż dworzec.

W swoich działaniach zwracasz uwagę na przestrzeń i otoczenie, w którym mieszkamy. Uważasz, że ma to wpływ na nas?

Oczywiście, ma to wpływ na nasze życie. Czasami nie zdajemy sobie sprawy, ale architektura i urbanistyka są podobne do polityki. Możesz nie interesować się polityką, ale ona się Tobą interesuje, bo jesteś jej wyborcą i podatnikiem. Architektura się Tobą interesuje, bo jesteś jej użytkownikiem. Możesz się nie interesować tym jak wygląda i jak jest zorganizowane twoje miasto, ale ono ma wpływ na twój nastrój i twoje codzienne sprawy.
Od tego jak zaprojektujemy dzielnice, będzie zależeć czy w codziennym życiu będziemy korzystać z tramwaju, poruszać się rowerem, czy będziemy zmuszeni jeździć samochodem i stać w korku. Od tego jak planowane jest miasto, zależy czy mamy możliwość mieszkania w centrum, czy są w nim budowane nowe mieszkania, czy dzięki temu jest pobudzane życie w tej części miasta, czy po godzinie 18 wraz z zakończeniem pracy w biurach i bankach, centrum umiera i nie dzieje się w nim nic. Od tego też zależy jak intensywnie toczy się w mieście życie i w jakich wymiarach to się odbywa.

Na zakończenie mam prośbę, abyś wyobraził sobie, ze masz na jeden dzień taką moc, dzięki której, jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki, możesz zmienić coś w Poznaniu, co by to było?

Zamknąłbym część galerii handlowych, bo ich nadmiar doprowadził do osłabienia centrum Poznania. Przy Głogowskiej czy św. Marcinie jest sporo witryn z wywieszoną kartką „sklep przeniesiony do galerii X”. To potężny cios, z którym będziemy się zmagać przez lata. Nie twierdzę, że wszystkie duże galerie są złe. Sądzę jednak, że nowoczesne miasto powinno dążyć do równowagi, tak aby handel wielkopowierzchniowy z przedmieść nie dobijał handlu w centrum.
Choć są też pozytywne momenty, na przykład 11 listopada. Kiedy w innych miastach rozgrywa się licytacja o to, kto spalił więcej radiowozów, w Poznaniu licytujemy się kto zjadł więcej rogali. Święto ulicy św. Marcina jest fenomenem między innymi dlatego, że tego dnia wszystkie duże centra handlu są nieczynne, dzięki czemu na św. Marcin schodzą się całe rodziny, a Stare Miasto tego dnia niebywale ożywa. Bezdyskusyjnie tego dnia Poznań jest najfajniejszym miastem w Polsce.

wywiad i tekst: Magda Bałkowska

foto: Maja Musznicka

14 grudnia 2014


Poprzedni wpis

Następny wpis