Kinga Janowska

Warszawa to miasto, które budzi skrajne emocje. Niektórzy ją uwielbiają, a inni nie wyobrażają sobie w tym mieście życia. Mnie Warszawa zauroczyła. Może dlatego, że zamieszkałam tutaj w pełni lata, kiedy miasto jest bardzo zielone, pełne kawiarnianych ogródków? Lato to również czas, kiedy można pójść na koncert do Łazienek lub nad Wisłę, która o tej porze roku tętni niesamowicie życiem. Uwielbiam klimat tego miasta. Jego architekturę, parki, muzea. Fantastyczne w Warszawie jest to, że jest w nim tyle do odkrycia i zobaczenia. Co weekend można robić wycieczki po stolicy i zawsze coś nowego nas zaskoczy. Każda dzielnica Warszawy skrywa w sobie wiele ciekawych miejsc i historii, które tylko czekają na odkrycie.

Dzięki naszej nowej bohaterce, poznamy dzisiaj moje ulubione Powiśle. To tu, w przedwojennej kamienicy, w sąsiedztwie Mostu Poniatowskiego, mieszka Kinga Janowska, menadżerka Doroty Miśkiewicz, Kwadrofonik i Royal String Quartet. Kingę odwiedzamy w jej niewielkim, ale bardzo sprytnie urządzonym mieszkaniu. Rozmawiamy o pracy managera, o tym jak powstała jej Oficyna Artystyczna 13 Kotów i dlaczego Powiśle to jej strefa bezpieczeństwa. Ruszymy także wspólnie na rowerowe wojaże. A wszystkiemu przygląda się kotka Helena, która rozpoczyna całą dzisiejszą historię.

PS Na dole postu czeka na Was playlista Spotify, którą specjalnie dla nas przygotowała Kinga. I oczywiście gorąco zachęcamy do obserwowania nas na Spotify – milkandsun.

Nie będziemy ukrywać, że przez 1,5 roku pracowałam u Ciebie w Oficynie Artystycznej 13 Kotów. I chyba najczęściej zadawanym mi pytaniem przez ten czas było pytanie skąd taka nazwa?  No to skąd?

Prawda? Każdy o to pyta. I w tym rzecz! Bo to pytanie, które pozwala skracać dystans. Opowiadam wtedy o moim kocie, podszywającym się pod Maine Coon’a, uchodźcy z Ukrainy. O  tym, że był pierwotnie Henkiem (od Hoene Wrońskiego), ale okazał się kotką i został Heleną. O tym, jak skacze po ścianach, biega za piłką, poluje na muchy i jak bardzo nie lubi mężczyzn. Dzięki Helenie rozmowa nabiera swobodnego charakteru, zwiększając tym samym prawdopodobieństwo, że zostanie zapamiętana. Ot, taki marketingowy chwyt.
Ale wracając do pytania: koty, bo je lubię, 13 wbrew zabobonom, a oficyna, bo słowo agencja mi nie leżało. Zresztą koty pomieszkują w oficynach, prawda?

Jak zaczęła się twoja praca z muzykami? I jak narodził się pomysł, aby otworzyć własną agencję artystyczną?

Mam skłonność do przesady, ale co tam: uwielbiam tę pracę! I jestem szczęśliwa, że stała się ona niezamierzonym spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Bo jako dziecko chciałam być Fasolką. Pamiętasz ten zespół? „Pan Tik Tak“, „Bursztynek“, „A ja rosnę i rosnę“? Znałam te piosenki na pamięć! I śpiewałam je przed najlepszą publicznością – pradziadkami. Była scenografia, zapowiedź, mikrofon z dezodorantu, spotowe światło z latarki. Pełna profeska!
Później udało mi się pośpiewać do prawdziwego mikrofonu. Moja nauczycielka muzyki, Pani Kasia, zainstalowała mnie na scenie z dziecięcym smutnym hitem (to określenie kradnę Dorocie Miśkiewicz!) „Pajacykiem Pierrot”! Oczywiście nie musiała mnie do tego jakoś specjalnie zachęcać.
Po jakimś czasie stworzyła trio wokalne, z którym prześpiewałam całą podstawówkę. Ania, Kamila i ja – byłyśmy nierozłączne, a rytm naszego życia wyznaczały dziecięce festiwale. Wszystko, co działo się pomiędzy nimi było czekaniem na… i wspominaniem po.  Obiecywałyśmy sobie, że nigdy, przenigdy nie przestaniemy śpiewać. Oczywiście przestałyśmy, ale  ziarno zostało zasiane.
Przez następne lata muzyka towarzyszyła mi jako przedmiot zasłuchań. Brakowało mi odwagi, aby śpiewać. Ukończyłam studia, które polegały na czytaniu, pisaniu i poznawaniu szeroko pojętej kultury. Zawodowo widziałam się w redakcji jakiejś gazety, może w radiu. Ale muzyka była uparta, bo pierwszą poważną pracę dostałam w poznańskim klubie Blue Note! Akurat zwolnił się tam etat koordynatora koncertów – pogawędziliśmy z szefem o muzyce, rekrutacyjnie napisałam recenzję koncertu Ola Walickiego „Kaszebe’ (tak, mogę powiedzieć, że Olo załatwił mi robotę!) i na dwa lata przepadłam w piwnicach zamku, w których mieścił się klub. Z podziemia na powierzchnię i z Poznania do Warszawy przeniosłam się za sprawą miłości! Zakochałam się i tyle mnie w Poznaniu widzieli.
Zaczęłam pracować w agencji koncertowej Grażyny Miśkiewicz – prywatnie żony saksofonisty Henryka, mamy perkusisty Michała i wokalistki Doroty, a zawodowo managera wielu wspaniałych artystów ze świata muzyki, teatru, filmu i literatury. Dużo się od niej nauczyłam. Z czasem postanowiłam spróbować własnych sił. Tak powstały Koty.

Pracujesz z cudownymi muzykami! Opowiesz nam troszkę o nich?

Dorota Miśkiewicz, Kwadrofonik i Royal String Quartet. Są cudowni! Pracowałaś w agencji i wiesz, jaki komfort daje praca z muzykami tej klasy. Mam na myśli zarówno ich muzyczną wyobraźnię, warsztat jak i dorobek. Wychodzisz do ludzi z najlepszą ofertą, w której nie ma kompromisów, półśrodków. A w konsekwencji nie musisz zawierać tych kompromisów z samą sobą. Bo kiedy sama nie jesteś przekonana do projektu, któremu managerujesz, nie przekonasz do niego innych.
Ze względu na początki w Blue Note najbliższy był mi idiom jazzowy. Lubię jazz za otwartość, nieprzewidywalność i dużą dozę wolności. Fascynujące są też okoliczności okołokoncertowe, bo jazzmani potrafią dokonywać interesujących przesunięć na granicy dnia i nocy (śmiech).

Dorota to właśnie jazz i piosenki. Niewiele jest osób, które umieją zaśpiewać wszystko. Nie istnieją dla niej niemożliwe dźwięki, skale i harmonie. Naprawdę! Kiedy jej słuchasz wszystko wydaje się proste – lekkie, wręcz organiczne. Ale spróbuj te niby proste melodyjki powtórzyć…
Podziwiam Dorotę za to, że nie boi się wyzwań. Pewnie dlatego, że ma dużą świadomość siebie jako wokalistki, muzyka. W ubiegłym roku nagrała pierwszą płytę live, PIANO.PL – to zapis koncertu, do którego zaprosiła kilkunastu polskich pianistów. Każdy z nich przygotował autorską aranżację jednej piosenki. Wyobraź sobie, że przed nagrywanym koncertem – jednym, jedynym, bez powtórek – wystarczyła jej jedna próba. Cały dzień, co godzinę, jak interesantów, przyjmowała kolejnego pianistę. Oczywiście na koncercie wiele rzeczy zabrzmiało inaczej – oto magia jazzu. Myślę, że gdyby prób było więcej, koncert nie wypadłby tak dobrze.

Kwadrofonik to inna opowieść. Wielowątkowa – wykonawczo i repertuarowo. Wykonawczo, bo zespół gra na wielu, zmieniających sie zależnie od koncertu instrumentach. Niezmienne są dwa fortepiany. Cała reszta, głównie instrumenty perkusyjne, to niekończąca sie lista nieoczywistości. Marimba, wibrafon, gongi, dzwony rurowe, krotale, kalimba, gran cassa, cymbały, misy. Wielu z nich do niedawna nie znałam nawet z nazwy. Ale jest też maszyna do pisania, wiadro z wodą, kartki papieru, balony.
Repertuarowo wspólnym mianownikiem koncertów Kwadrofonik jest muzyka współczesna. Liczników już nie zliczysz! Zespół wykonuje gotowe utwory skomponowane na typowe dla nich instrumentarium, czyli fortepiany i perkusję, ale dokonuje też transkrypcji utworów napisanych na inne instrumenty. Powstają wtedy niemalże nowe kompozycje. Kwadrofonik poznałam zresztą przy takim właśnie projekcie. Razem z Dorotą wzięli kiedyś na warsztat piosenki dla dzieci napisane przez Witolda Lutosławskiego do wierszy Juliana Tuwima. Oryginalne wersje obejmowały śpiew i fortepian. Kwadrofonik wypełnił je kilkunastoma instrumentami. Powstały niby te same, a jednak zupełnie inne utwory. Do tego dochodzą w pełni autorskie kompozycje zespołu, w których muzyka współczesna jest częścią dialogu z innymi formami – muzyką tradycyjną, elektroniczną, industrialną czy techno. Studnia bez dna.
Przyznaję, wcześniej nie słuchałam muzyki współczesnej. Kiedy Kwadrofonik zaproponował mi współpracę bałam się własnej niewiedzy. Uczyłam się nazwisk kompozytorów, tego całego instrumentarium, a przede wszystkim – aby móc uczciwie sprzedawać wrażenia – zaczęłam tej muzyki słuchać. I oglądać. Bo ona jest bardzo teatralna. Widowiskowość to naturalny efekt uboczny poszukiwania nowych dźwięków. Słuchając, doświadczamy gotowego efektu dźwiękowego, a kiedy widzimy, jak jest on wydobywany, z jakich nieoczywistych okolic materii, to zaczyna naprawdę zadziwiać. Maszyna do pisania, ruch smyczkiem po wibrafonie, szelest kartki, kulki rzucane na struny fortepianu.

I Royal String Quartet. Są jak jeden organizm. Spotykają się codziennie w tym samym miejscu, o tej samej porze. I ćwiczą. Kilka godzin. Co-dzien-nie. Nawet kiedy w najbliższym czasie nie ma koncertu. Żeby nie stracić spójności i wspólnego pulsu. Podziwiam tę ich dyscyplinę. Grają głównie muzykę współczesną, ale też pięknie interpretują Mozarta, Bacha czy Beethovena. Do tego sami kreują nieoczywiste zajścia z pogranicza stylów i gatunków. To oni wymyślili projekt z Kayah na potrzeby własnego festiwalu Kwartesencja. W tym roku odbędzie się jego dwunasta edycja. Zresztą Kwadrofonik też ma swoj festiwal. No, jest co robić..
Najważniejsze jest jednak to, że to wspaniali ludzie. Ze wszechstronnymi zainteresowaniami, nie tylko muzycznymi. Lubię z nimi spędzać czas. I nie wiem, czy mogłabym pracować z kimś, kogo nie lubię, w kogo nie wierzę, i komu nie wierzę. Szczęśliwie nie mam tego dylematu.

Wykonujesz wolny zawód. Jak wygląda Twój dzień pracy?

To praca w procesie, na który cały czas składają się jakieś przeszłe, obecne i przyszłe sprawy – koncertowe, promocyjne, logistyczne. Zawsze jest do zamknięcia jakiś koncert, zawsze jakiś jest w toku, a jakiś w prognozie. Myślę, że trzeba tu mówić nie tyle o dniu, co o tygodniu pracy. W dni powszednie jestem pracownikiem biurowym, w weekend przychodzi czas wyjazdów na koncerty i to jest najprzyjemniejsze. Nie wiem, czy gdyby nie praca trafiłabym do tylu miejsc, spotkałabym tylu ciekawych ludzi.  Bo pamiętajmy, że praca managera to także praca z lokalnymi organizatorami. Jesteśmy łącznikami pomiędzy z pozoru dwoma przeciwstawnymi stronami – artystą i promotorem. Ale tak naprawdę jedni nie istnieją bez drugich, to napędzająca się obustronnie machina, w której ważny jest każdy element: muzyk, organizator, akustyk, dziennikarz, technik i pani z szatni.  Podziwiam ludzi, którzy organizują koncerty muzyki jazzowej i poważnej. To nie są koncerty komercyjne, nie dają gwarancji brylantowej frekwencji, którą – niestety – zwykło się mierzyć pracę promotorów kultury. Zdarza się, że lokalne władze odmawiają przyznania dotacji na kolejny festiwal muzyki współczesnej, bo na koncerty przychodziło średnio 200 osób. A pewnych ograniczeń po prostu nie da się przeskoczyć – ta muzyka ma mniejszą grupę odbiorców niż szeroko pojęty pop. A przecież demokracja to prawo większości z poszanowaniem praw mniejszości.

Mieszkasz na Powiślu. Oprowadź nas proszę po tej dzielnicy Warszawy.

Uwielbiam Powiśle, choć jeszcze jakiś czas temu nie wiedziałam, że pod Mostem Poniatowskiego istnieje tak interesujący, ładnie zorganizowany świat. Teraz nie wiem, czy umiałabym mieszkać gdziekolwiek indziej. To samowystarczalna dzielnica. Są tu sklepy, kawiarnie, restauracje, jest szewc, kaletnik, krawcowa. Ale przede wszystkim jest tu mnóstwo zieleni – teren od Podzamcza do Łazienek to jeden, wielki park. Do tego bliskość rzeki, która każdego lata tętni życiem. Raj!
Najczęściej można mnie spotkać w PKP Powiśle. To kawiarnia istniejąca w budynku dawnego dworca. Perełka warszawskiego modernizmu. PKP było modne jakieś 5 lat temu – centralny punkt na hipsterskiej mapie Warszawy. Teraz jest już pewnie passe, ale nie dla mnie. Jest blisko, miło, znam tamtejszych barmanów i barmanki. I opalać się tam lubię, na leżaku. Zwłaszcza w godzinach pracy!
W kwestii kulinariów moim odkryciem jest Cool Cat na Solcu – pyszności w niegangsterskich cenach. Pieczone wołowe serce, flaki panko, świeża makrela, humus, bao – jest wybornie.
Spacerowo lubię park w okolicach Książęcej. Chadzam tam ostatnio z Heleną. Dobrze jej robi, kiedy sobie pohasa. Choć parkowe wiewiórki lubią to trochę mniej.
Generalnie przez to, że na Powiślu jest wszystko, czego potrzebuję, nie jest łatwo wyciągnąć mnie gdzieś dalej. Latem, kiedy jeżdżę rowerem, może tak, ale zimą zapadam w przyjemny powiślański sen i najchętniej nie ruszałabym się dalej niż kilometr od domu. To taka moja strefa bezpieczeństwa.

Czyli na Pragę już się nie wybierzesz?

Wybiorę! Bardzo lubię Pragę – i Północ i Południe. Często zabieram tam gości, żeby pokazać im inny koloryt miasta. Pokazuję kapliczki na Szmulkach, murale, ostańce na Czynszowej i koniecznie Muzeum Pragi. I zabieram na najlepszy żurek w mieście.

Dokąd?

W Oparach Absurdu – to kawiarnia, bar na Ząbkowskiej. Pierogi też mają pyszne! Chodziłam tam często, kiedy mieszkałam na Pradze. Praga Południe, właściwie Grochów, to była moja pierwsza popoznańska lokalizacja. Mieszkaliśmy w magicznym miejscu. Wysokie, brudno-pastelowe bloki, domorosłe reklamy chińskich barów, Biedronka, a pośród nich jakby doklejony z innej rzeczywistości jednopiętrowy, przedwojenny domek z podwórkiem. Na podwórku jabłoń, kasztanowiec i mirabelka. I snujący się kot. Grochów był dla mnie dobrą, bezpieczną przestrzenią oswajania się z miastem, którego na początku się bałam. Jest niby warszawski, a jednak trochę osobny. Taki bardziej swojski.

Jesteś największą miłośniczką jazdy na rowerze jaką znam. Wyjedźmy zatem poza  Powiśle. Masz swoje ulubione trasy rowerowe, które mogłabyś polecić?

O tak! Rower darzę szczerym uczuciem. To mój związek z najdłuższym stażem (śmiech). To najlepszy środek transportu, który przy okazji robi dobrze ciału i głowie. Nie jestem typem sportowca. Sport jako taki mnie nudzi. Ma sens jako środek a nie cel. Dlatego z przyjemnością pogram w badmintona na łące, bo grać można tylko z kimś. I pogadać i pośmiać się można. Z tym kimś. I piknik zrobić. Ale żeby pójść na siłownię czy aerobik? Miałam kilka podejść – nie potrafię. Czuję, że marnuję czas. Chyba, że to taka wymówka dla lenistwa – jeszcze tego nie rozpoznałam!
Nie wsiadam na rower, żeby tak sobie pojeździć. Raczej żeby gdzieś po coś pojechać – do pracy, na spotkanie, do teatru, na zakupy. I nie jest ważne, czy cel jest na Nowym Świecie czy w Otwocku. Przy tym rozmawiam przez telefon, słucham audiobooków. To taki system czynności równoległych.
Po drodze często się gubię, bo mam skandaliczną orientację w przestrzeni. Przez to droga się wydłuża, czynnik sportowy zwiększa, a ja nabieram zdrowia. No i poznaję miejsca, do których nie dotarłabym w inny sposób. Trafiłam tak kiedyś do dworku Piłsudskiego w Sulejówku. Byłam pewna, że jestem w Międzylesiu.
Także jeśli mnie pytasz, jakie są moje ulubione trasy – nie wiem. Wszystkie są fajne. A rowerowym niezdecydowanym polecam po prostu jechać tam, gdzie zawiedzie ich intuicja lub ciekawość. I gubić się polecam. Bardzo!

Powróćmy do Twojego mieszkania. Jak wyglądała praca nad aranżacją wnętrza?

Pierwszy plan był taki, aby zrobić z niego studio – chciałam usunąć ścianę dzielącą dwa pokoje. Odwiodła mnie od tego Dorota Miśkiewicz i… plany budynku, bo okazało się, że ściana jest nie do ruszenia. Na szczęście, bo osobna sypialnia to jednak ważna sprawa. A nawet małe mieszkanie można zaplanować tak, aby oddzielić w nim to, co dziennie od tego, co nocne.
Nie wiem, czym kierowali się poprzedni właściciele, ale ich kuchnia była połączona z sypialnią. Ja też lubię podjadać nocą, ale bez przesady. Nie obyło się zatem bez burzenia ścian, przenoszenia rur i podwieszania sufitów, aby odwrócić ten dziwny układ miejsc.
W aranżowaniu wnętrza skupiłam się na dwóch kwestiach. Funkcjonalnie chciałam zaoszczędzić jak najwięcej miejsca, a estetycznie zależało mi na jego neutralności. Mieszkanie ma tylko 35 metrów, ale jest wysokie, dlatego rozsądne wydawało się wstawienie jak najwyższych mebli. I choć przy wzroście 158 cm nie ułatwia mi to życia, miejsca jest faktycznie sporo. Z tej oszczędności powstała koncepcja szafy, przez którą wchodzi się do łazienki.
Gdybym miała dom, wszystko bazowałoby na naturalnym, szorstkim drewnie, metalu i kamieniu. Kolorystycznie dominowałyby biel, czerń, szarość. Wnętrza byłyby otwarte, granice pomiędzy pomieszczeniami płynne, chętnie pobawiłabym się też wielopoziomowymi antresolami. Generalnie lubię przestronne, otwarte wnętrza z pogranicza  zimnego loftu i ciepłego scandi. Póki co z listy marzeń mam tylko duże okna, ale i do swoich 35 metrów starałam się wprowadzić elementy ulubionych stylów. Biel, czerń, drewno i metal – to baza, w której umieszczam zmienne elementy. Bo nie potrafię długo wytrzymać w stałym układzie przedmiotów. Mieszkanie ma być dla mnie źródłem pozytywnych bodźców, inspiracją. Dlatego raz na jakiś czas dokonuję mikro-przesunięć, mikro-podmian. To może być zmiana jednego zdjęcia lub przestawienie budzika, który dotychczas budził mnie od strony lewego ucha, a teraz przemieścił na prawą. Mam wtedy wrażenie przyjemnego zawirowania. Nigdy nie dokonuję zmian w zakresie ogólnej formy, ale raz po raz lekko ją przetrącam. Właśnie wróciłam z wakacji i przywiozłam kilka nowych rzeczy – już myślę jak i gdzie je poustawiać.


Kinga przygotowała też dla nas swoją playlistę na Spotify, koniecznie dodajcie ją do obserwowanych!


wywiad i tekst: Magda Bałkowska
zdjęcia wnętrza: Maja Musznicka
portrety Kingi: Ewelina Mickiewicz

16 sierpnia 2017


Poprzedni wpis

Następny wpis