Martyna Wilner

Pełne kolorów mieszkanie Martyny, to cudowne połączenie wszystkiego, co kochamy we wnętrzach – mebli vintage, dużej ilości kwiatów oraz grafik i ilustracji na ścianach. Odnajdujemy tu meble, które Martyna, zauroczona designem z czasów PRL’u, zaczęła zbierać na studiach. Klimat w mieszkaniu tworzy też masa fotografii i ilustracji, które są dla naszej bohaterki zbiorem miłych momentów i wspomnień. Przestrzeń, w której żyje, spełnia podwójną rolę – domu, który dzieli wraz ze swoim partnerem i biura.

Martynę, szalenie zdolną graficzkę i ilustratorkę, spotykamy chwilę po tym, kiedy wraz z koleżanką powołała do życia studio graficzne Stwory Studio. Pytamy ją zatem o to, za co kocha to co robi i jak wygląda u niej organizacja czasu pracy. Nie mogło też zabraknąć opowieści o podróżach, które obok rysunku, są wielką pasją naszej bohaterki. Martyna wykorzystuje każdą wolną chwilę, na to aby zwiedzać świat. Ta dziewczyna ma na swoim podróżniczym koncie Spitsbergen i trekking za kołem podbiegunowym, a już za chwilę wyrusza do Wietnamu! Fajnie jest spotkać tak inspirującą osobę. Mam nadzieję, że i Was Martyna zachęci do odważnych decyzji. 🙂

Jak grafika i rysunek pojawiły się w Twoim życiu?

Ciężko określić dokładny moment. O ile rysunek towarzyszył mi odkąd pamiętam, bo już jako przedszkolak miałam niezłego bzika na punkcie rysowania, tak zainteresowanie grafiką zaczęło się na poważniej dopiero w liceum. Myślę, że to był pewnego rodzaju bunt, chęć wyjścia ze schematu, tym bardziej, że moja rodzina widziała mnie w roli poważnej pani, pracującej przy poważnych rzeczach, a grafika, przynajmniej na tamten moment, wydawała im się jakąś abstrakcją. 🙂
Obecnie mogę przyznać, że ze schematu wyszłam, ale mój bunt okazał się mało spektakularny, bo skończyłam dodatkowo ekonomię. Jednak z biegiem czasu i po podjęciu decyzji o przejściu na własną działalność, nie żałuję lat spędzonych na studiach ekonomicznych, choć wtedy totalnie nie wiedziałam, co ja tam robię. 😉

Za co lubisz swoją pracę?

A wiesz, że to jest całkiem trudne pytanie. Z moją pracą „docierałyśmy” się dość sporo czasu. Przechodziłam fale załamania, fale całkowitej euforii, aż nadszedł taki moment, w którym śmiało mogę powiedzieć, że tak, lubię swoją pracę. Przede wszystkim daje mi dużo możliwości, manewrowania czasem i miejscem pracy, ale też satysfakcji, ponieważ sama sobie jestem szefową… i jakoś to wszystko się fajnie kręci od ponad roku. 🙂
Moja praca całkiem nieźle łączy się też z podróżami, których nie umiem sobie odmówić. Niekiedy zdarzało się i tak, że jechałam z komputerem, a część czasu, który moi znajomi poświęcali na odpoczynek, ja przeznaczałam na szukanie stołu, krzesła i dostępu do wifi.
Obecnie, razem z koleżanką Igą, powołałyśmy do życia Stwory Studio. Studio graficzne, w którym realizujemy wspólne projekty najczęściej we współpracy z poznańskimi instytucjami kultury. Jako moment premiery studia można przyjąć realizację, jaką wykonałyśmy dla Bramy Poznania – identyfikację wizualną oraz aranżację wystawy poświęconej Julii Woykowskiej.
Jestem totalnie podekscytowana tym, że od postanowienia o rezygnacji z etatu, a chwilą obecną, minął już rok, a ja ciągle czuję, że to była jedna z lepszych decyzji, jakich dokonałam. I choć nie wiem, co będzie za rok, czuję intensywne motylki w brzuchu, myśląc o tej wielkiej niewiadomej.

Pracujesz w domu. Jak wygląda Twoja organizacja czasu i miejsca pracy?

Tak, zdecydowanie większość czasu spędzam w domu i przyznam, że nie jest to wcale takie proste. Zanim wypracowałam satysfakcjonujący mnie schemat pracy, minęło sporo miesięcy, a i tak czuję, że jest jeszcze w tej kwestii trochę do „dopracowania”. Przede wszystkim staram się nie pracować w nocy, co podczas studiów zdarzało się notorycznie (jak to możliwe, że mój organizm tak szybko się regenerował?!). Czasem też wychodzę z domu i szukam miejsc, w których o wiele łatwiej o skupienie – na przykład miejsca coworkingowe lub mieszkanie mojej „partner in crime” Igi. Zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić, jak efektywnie można pracować w kawiarni, choć wiem, że wielu freelancerów tak działa. Ja nie potrafię. Zapach kawy, dźwięki naczyń, rozmowy o wszystkim i o niczym słyszane w tle bardzo mnie rozpraszają. Chyba jestem pedantką, jeśli chodzi o warunki sprzyjające mojej kreatywności. Lubię, gdy dookoła mnie panuje porządek, pewnego rodzaju harmonia i nic poza tym.
Mój typowy dzień pracy zaczynam już z samego rana i robię wszystko, by nie poświęcać na pracę więcej niż 8 godzin dziennie. Czy to się udaje? Nie zawsze. Chyba po prostu jeszcze nie do końca potrafię asertywnie ustalić deadline projektu z klientem i zadbać o swój odpoczynek.
A miejsce pracy – z początku miało znajdować się z salonie, ale niewygodne na dłuższą metę krzesła zweryfikowały ten plan i ostatnio najczęściej kończę przy biurku w sypialni. Nigdy nie byłam zwolenniczką łączenia funkcji odpoczynku i pracy w jednym pomieszczeniu, ale chyba na ten moment nie da się inaczej.

Dzięki temu, że jesteś freelancerem, możesz więcej czasu poświęcać swojej pasji – podróżowaniu. Jaka dotychczasowa destynacja zapadła Tobie najbardziej w pamięci i gdzie planujesz kolejne wojaże?

Zdecydowanie była to daleka północ – Spitsbergen. Właściwie wtedy byłam jedną nogą freelancerem, a drugą dopiero co wyrwałam się z agencji, w której pracowałam na etacie. Życie na etacie jest super, ale jeśli ma się do tego predyspozycje, których ja niestety nie posiadam. Mimo że projekty i cała ekipa agencyjna była super, to czułam pod skórą, że coś nie gra.
Podróż na Spitsbergen była niezwykłym przeżyciem, bo nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie przypuszczałam, że polecę tak daleko, przeżyję trekking za kołem podbiegunowym i poznam wspaniałych ludzi. A wszystko zaczęło się od jednej książki, którą przeczytałam jakiś czas wcześniej – „Białe. Zimna Wyspa Spitsbergen” Ilony Wiśniewskiej. Aż boję się pomyśleć, jaki wpływ będzie miała na mnie jej najnowsza książka, która lada moment ma premierę.
Podczas podróży nabrałam sporo pokory, szczególnie wobec natury, która otaczała mnie przez cały czas. Ten wyjazd traktuję w sposób symboliczny, bo nie dość, że dałam fizycznie radę z trekkingiem oraz z warunkami, w jakie zostaliśmy „rzuceni”, to czuję, że przekroczyłam swoje wewnętrzne granice. Wróciłam stamtąd przekonana, że poradzę sobie w nowej rzeczywistości, jaka czekała mnie po powrocie.
Jeśli natomiast chodzi o kolejne podróże, to mam zaplanowany trekking w Saksonii oraz wyjazd do Wietnamu w październiku, na który już przebieram nóżkami. Po Wietnamie w planach są przedłużone weekendy w miejscach dostępnych dzięki tanim liniom lotniczym oraz Islandia, gdzie tym razem mam nadzieję zobaczyć zorze polarną . To mój podróżniczy plan przed trzydziestką. 🙂

Niedawno przeprowadziłaś się z Wildy na Jeżyce. Jakbyś porównała życie w tych dzielnicach?

Wyprowadzka z Wildy złamała moje serce i muszę przyznać, że zniosłam to całkiem ciężko. Tym bardziej, że na Jeżyce trafiliśmy jesienią, w trakcie remontu torowiska na ul. Dąbrowskiego, przez co czułam się totalnie odizolowana od centrum, które wcześniej miałam w zasięgu ręki. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Na Wildzie spędziłam czas związany ze studiami. Było to idealne i całkiem beztroskie życie, pełne spotkań, imprez i szalonych momentów. Czas Jeżyc to czas, w którym musiałam nieco bardziej zmierzyć się z byciem „dorosłą” i chyba ta część Poznania całkiem mi w tym pomogła, zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do dobrej kawy.
Trudno mi przyrównać te dwie dzielnice. Po wyprowadzce z Wildy, pojawiło się tam sporo super miejscówek, do których co jakiś czas zaglądam, na przykład Przyjemność i ich ekstra pizza. Lubię wracać do miejsc, w których wiem, że nigdy się nie zawiodę na jedzeniu – Start. Za to Jeżyce dają mi ten komfort, że na co tylko nie miałabym ochoty, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Przykładowo lodziarnia w okresie upałów, która otworzyła się przy ulicy Wawrzyniaka i właściwie jestem tam prawie codziennie. A jak Wawrzyniaka to i Piwny Fyrtel, który sobie bardzo polubiłam jako miejsce spotkań ze znajomymi. I takim oto sposobem, bardzo rzadko ruszam się poza Jeżyce.

Mieszkanie, w którym aktualnie żyjesz, jest wynajmowane. Jak ukształtowałaś przestrzeń, aby czuć się w niej jak najbardziej u siebie?

Moje mieszkanie to jeden wielki misz-masz. Choć staram się w życiu stosować zasadę „im mniej, tym lepiej”, w mieszkaniu totalnie mi to nie wyszło. Pełno jest tu przedmiotów i kolorów, które niekiedy mogą rozpraszać, ale ja w ich obecności czuję się dobrze. Jedyny zgrzyt jaki mam, to z drzwiami. Pamiętam, jak przy pierwszym oglądaniu mieszkania zachwyciłam się ich kolorem, ale na dłuższą metę czuję, że mogłyby być bardziej neutralne, albo chociaż lepiej pomalowane. Możliwe, że przyszłej wiosny zajmiemy się ich odświeżeniem.
Meble zaczęłam kupować już na studiach. Zachwycona designem prosto z PRL’u wyszukiwałam perełek w internecie. Tak właściwie, to wszystkie te meble są zdobyczne i z historią. Na przykład stół, który stoi na środku salonu. Kupiłam go od gościa, który w latach 60. postawił ten stół w pokoju i nie ruszał stamtąd przez kolejnych pięćdziesiąt lat. Dzięki temu nie musiałam się martwić o renowacje blatu.
No i kwiaty. Jest ich pełno i mam na ich punkcie bzika. Ostatnio postanowiłam, że kolejnym kwiatem, jaki nabędę, będzie taki powyżej półtora metra. Cały czas szukam idealnego, żeby dookoła kanapy upozorować dżunglę.
Jednak centralnym elementem, który tak naprawdę robi całość w mieszkaniu jest galeria, na którą składają się prace wielu super zdolnych ludzi. Gdybym tylko miała więcej czasu, siedziałabym na kanapie częściej i gapiła się w tę ścianę. Każda ilustracja czy też fotografia to zbiór wspomnień, miłych momentów i ciekawych znajomości, jakie miałam możliwość zawrzeć.   

Dom. Co oznacza dla Ciebie to słowo?

Dom to miejsce, do którego lubię wracać, ale nie ze względu na mury i dosłowne rozumienie domu jako czterech ścian. Już jako dziecko razem z rodzicami zmienialiśmy miejsce zamieszkania kilkukrotnie. Między innymi dlatego nigdy nie miałam problemu z przeprowadzkami. Dom to dla mnie ludzie, zapachy i drobne przedmioty, które tworzą przestrzeń, w której czuję się po prostu dobrze.

Kalisz, Wrocław, teraz Poznań. Czujesz, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi?

Hm… Staram się nie przywiązywać do miejsc, a bardziej do ludzi. No i czuję podświadomie, że Poznań nie jest na stałe. Możliwe, że właśnie w tym mieście będę się starzeć, ale na ten moment ciągnie mnie, żeby się stąd wyrwać. Podskórnie czuję, że będzie to Skandynawia. Chciałabym chociaż na jakiś czas zebrać myśli, zdobyć nowe doświadczenia i podpatrzeć, jak pracuje się w branży graficznej tam, gdzie design jest na najwyższym poziomie. Do tego czuję, że zimne dni i długie noce mogą być dla mnie czasem super kreatywnym. Nie lubię stać w miejscu i uwielbiam zmiany. W Poznaniu póki co, zmieniam ciągle fryzurę.

***

tekst i wywiad: Magda Bałkowska
zdjęcia: Maja Musznicka

17 września 2018


Poprzedni wpis

Następny wpis