Piotr Korduba

Tegoroczne lato spędziłam na wsi. Ogród z warzywami tuż za domem, lasy, jeziora – wszystko na wyciągnięcie ręki. Bliskość natury uspokaja, pozwala złapać oddech i dystans do rzeczy, które były powodem ucieczki z miasta. Nie ukrywam, były momenty, że tęskniłam za miastem i wszystkim przyjemnościami jakie ze sobą o tej porze roku niesie – koncertami na powietrzu, kawiarniami, które otwierają się na ulice. Miasto latem jest fajne. Kolorowsze. Spokojniejsze.
Z sielskiej krainy do miasta w wakacje wyciągały mnie spotkania z naszymi bohaterami. W lipcu, w samym centrum Poznania miałyśmy przyjemność spotkać się z profesorem Piotrem Kordubą, historykiem sztuki, dyrektorem Instytutu Historii Sztuki UAM. Autorem kilku fascynujących książek. Nie bez przypadku spotykamy się w samym sercu Poznania. Piotr mieszka niedaleko Placu Wolności i jak dowiadujemy się podczas rozmowy, jest wielkim zwolennikiem mieszkania w śródmieściu. Przestrzeń urządzona przez Piotra jest wyjątkowa. Pełno w niej tkanin na ścianach – kilimy, gobelin. Każdy przedmiot kryje w sobie niesamowitą historię i wiąże się z ciekawą anegdotą. Wszystko razem tworzy intrygującą, eklektyczną całość, którą warto zobaczyć z nami.

Spotykamy się latem, w centrum Poznania. Czy lubisz miasto o tej porze roku, czy jednak wolisz z niego wyjechać?

Spędzanie czasu w mieście o tej porze roku nie jest dokuczliwe ze względu na klimat jaki u nas panuje, ale oczywiście, nie spędzam tutaj całego lata. Wyjeżdżam wakacyjnie czy też częściej odwiedzam dom moich rodziców pod Poznaniem, który ze względu na swoje położenie pozwala nieustannie korzystać z miasta. Latem nie mam tylu obowiązków, które zatrzymują mnie nieustająco w Poznaniu. I rzeczywiście ta letnia pora jest mniej wykorzystywana przeze mnie do siedzenia w mieście.

Czy warto polecić Poznań jako cel wakacyjnego wyjazd?

Odstąpiłbym od tego, że tylko w letnie wakacje można tu przyjechać, warto to miasto odwiedzić i w innych porach roku. Uważam, że Poznań jest bardzo ciekawy i niedoceniony. Ma swoją pewną specyfikę, o której wielu mieszkańców innych regionów Polski zwyczajnie nie wie. Jest miastem bardzo kompaktowym, zintegrowanym w zakresie nie tylko śródmieścia, ale również starych dzielnic, które to śródmieście otaczają. Myślę tu o takiej kompaktowości, która pozwala dosyć szybko i pieszo przejść centrum miasta, idąc wciąż atrakcyjnymi ulicami. Nie jest bowiem tak, jak w Warszawie, Wrocławiu czy Gdańsku, gdzie bardzo ładne rewiry rozprute są trasami szybkiego ruchu czy blokowiskami.

Poznań jest dla mnie miastem mieszczańskim. Nie przyjeżdża się tutaj oglądać pałaców.  Nie przyjeżdża się tutaj oglądać kościołów (choć kilka pewnie zasługiwałoby na taką wizytę). Przyjeżdża się do Poznania zobaczyć, jak świetnie może być zorganizowane miasto do mieszkania. Miasto, w którym  każda dzielnica ma swój rynek, bardzo często ciągle żyjący, gdzie robi się świetne spożywcze zakupy, o których świat zachodni, nie mówiąc już o Ameryce, może na ogół jedynie pomarzyć. Większość z tych dzielnic ma swoje parki, swoje przestrzenie reprezentacyjne i takie zwyczajniejsze do mieszkania. Myślę, że zwyczajność tych dzielnic (Jeżyc, Wildy, Łazarza), które w ostatnim czasie zrobiły się bardziej przyjazne dla gości, i wspomniana miejskość Poznania, jest niedocenioną i nie rozpropagowaną zaletą tego miasta.

Zaczytuję się w twojej książce o Sołaczu i jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem, tym bardziej, że temat jest podobny do tego, co robimy na Milk&Sun, czyli opowiadamy historie ludzi przez pryzmat domów, w których mieszkają. Jak to się stało, że i Tobie stał się bliski taki temat i opowiadanie w taki sposób o architekturze?

Sołacz zawsze był mi bliski. Moi rodzice tam studiowali, po studiach chwilę mieszkali. Potem przyjeżdżaliśmy tam na spacery, z wizytami do znajomych, i oczywiście zawsze miałem pełną świadomość tego, że jest to dzielnica wyjątkowa. Ale o samej książce zdecydował zbieg okoliczności. Wydawnictwo Miejskie Posnania poszukiwało tematu na publikacje o Poznaniu, a mnie chodziło po głowie, żeby napisać książkę, która pozwalałaby zajrzeć do domów, które w gruncie rzeczy są niedostępne dla większości osób. Jednak nie po to, aby tropić sensację czy intymne historie, tylko żeby poznać historię tych domów, której nie sposób znaleźć w żadnym opracowaniu czy powszechnie dostępnych archiwaliach. Zapytać dawnych czy współczesnych mieszkaćów, skąd oni się tam wzięli? Jakie były powody zamieszkania przez ich przodków w tej dzielnicy, jakimi motywami się wtedy kierowali, jak odbierali wtedy tę dzielnicę, swoje sąsiedztwo, tamten Poznań? Wreszcie co się w tych domach ciekawego działo? Chciałem, aby punktem wyjścia były indywidualne narracje, a dopiero ich tłem wielka historia, narracja zbiorowa. Chciałem pokazać, w inny sposób niż pozwala na to tradycyjna analizy architektury, a więc poprzez historię mówioną, że dom to fenomen złożony i dynamiczna interakcja między architekturą, jego mieszkańcami, wyposażeniem.

Kiedy umawialiśmy się na wywiad, wspomniałeś, że swoje życie dzielisz pomiędzy trzy adresy. Czy mieszkając w kilku różnych miejscach, potrafisz się do nich przyzwyczaić?

Tak, do każdego z tych miejsc jestem przyzwyczajony, ale też nie jestem od nich uzależniony. Bez problemu mogę długo w takim miejscu nie przebywać i nie tęsknię za nim. Zarazem nie mam poczucia bezdomności, jakiegoś przebywania w gościnie. Więc jestem, od tak rozumianej domowości, jako tej jedynej własnej przestrzeni, której nie zastępuje nic innego, wolny.

Zatrzymajmy się przy mieszkaniu w Poznaniu. Jak Ci się mieszka w samym centrum miasta?

Jestem zwolennikiem mieszkania w mieście i to najbardziej śródmiejsko, jak się da. Uważam, że jeżeli ktoś chce korzystać z tego miasta, to jest to najbardziej ekonomiczne rozwiązanie, zarówno pod względem czasowym, jak i finansowym. Nie znam uciążliwości korków, mankamentu straty czasu na dojazdy. Irytuje mnie mit, że nie da się mieszkać w centrum miasta; że to miejsce niezdrowe, hałaśliwe, dokuczliwe na różne sposoby. Ja po prostu w to nie wierzę! Domy są tu zbudowane solidnie, w rozmyślny sposób. Nikt sobie nie zagląda do okna, podwórza są przestronne, niespecjalnie słyszę sąsiadów. Choć oczywiście nie dotyczy to każdej z kamienic. Niesamowitym atutem domu, w którym mieszkam, jest sąsiedztwo. Zamieszkują go ludzie różnych pokoleń, którzy mają umiejętność zawiązywania wspólnoty oraz dobro sąsiedzkich relacji, które przejawiają się w drobnych przysługach, jak zostawienie sobie nawzajem kluczy, przekazanie rachunków, sprawdzenie czy woda nie cieknie. Absolutnie złotą postacią naszego domu jest dla mnie pani Aurelia, która mieszka pode mną. Czasem sprawiam jej kłopoty, bo przyjdą do mnie goście i jest trochę głośno, albo zdarzy się usterka, której w porę nie zauważę i sąsiadka jest poszkodowana. Pani Aurelia przyjmuje to wszystko nie tylko z cierpliwością, ale wręcz z otwartym sercem. Takie sąsiedztwo to unikat, trudny do odnalezienia we współczesnym wielorodzinnym budownictwie.

Twoje mieszkanie wypełnione jest pięknymi przedmiotami, które tworzą wyjątkowy mariaż.

Każdy element umieściłem w tym mieszkaniu świadomie. Z racji zainteresowań, a w dalszej kolejności – zawodu, przedmioty są dla mnie bardzo ważne. Ale przede wszystkim lubię, gdy wnętrza przyrastają. Nie wyobrażam sobie zamieszkania w przestrzeni, która od początku do końca jest zdefiniowana, w której nie da się już niczego dołożyć ani też niczego zabrać. Dopełnianie domu przedmiotami jest po prostu wielką frajdą. Życie przynosi nam co chwilę nowe rzeczy, a one historie, czyjeś lub tylko moje własne. W kształtowaniu wnętrza nie interesuje mnie też żadna jednorodność stylistyczna. Podobają mi się różne obiekty, ale muszą się potem ze sobą jakoś dogadać. W moim mieszkaniu są więc przedmioty stare, czasem nawet bardzo stare, sprzęty z Ikei, rzeczy całkowicie użytkowe, zarazem przedmioty, które kupiłem świadomie, pamiątkowe i takie, które dostałem od członków rodziny czy znajomych.

Tak jak w  przypadku “Bokserki”, rzeźby Olafa Brzeskiego i barokowej szafy, na której ona stoi. Bardzo lubię to zestawienie i to napięcie, które się między nimi wytwarza. “Bokserkę” kupiłem z wystawy w Poznaniu, na której artysta zrobił ekspozycję z biustów wykonanych w masie ceramicznej. W dużej mierze nawiązywały one do barokowych biustów portretowych. Nie wiem, czy zauważyłyście, że ma ona przetrącony nos, z którego cieknie biała krew. Z oczu płyną jej z kolei białe łzy.

A czy według Ciebie przestrzeń, którą się otaczamy, ma wpływ na nasze życie?

Tak, mam poczucie, że często w pewnych przestrzeniach bardzo dobrze się czuję, a przebywając w niektórych mieszkaniach, bardzo się cieszę, że wizyta niebawem dobiegnie końca. Więc przestrzeń niewątpliwie oddziałuje na mnie. I mam z tym pewien problem, bo jeżdżąc na stypendia zagraniczne, często trafiam do różnych przypadkowych mieszkań.
I trochę rzeczywiście jest tak, że powodzenie tego pobytu stypendialnego zależy także od tego, gdzie mieszkam. Przypominam sobie stypendium w Rzymie, gdzie nie mając zupełnie pomysłu, jak się zabrać za poszukiwanie lokum, zawierzyłem pani, która opiekowała się stypendystami i organizowała im mieszkania. Został mi wynajęty pokój, który składał się z tandetnego tapczanika, równie tandetnego biureczka, strasznej szafy, lampki nocnej i to wszystko. Pokój był po prostu celą, przy tym ciemną i zimną. Celą, w której chciało się jak najszybciej zasnąć, a po przebudzeniu, jak najszybciej ją opuścić. Oczywiście nie przyjechałem do Rzymu, aby siedzieć w tym mieszkaniu, ale nawet te krótkie w nim chwile były dramatycznym doświadczeniem jakiegoś chłodu, wyobcowania. Nie wspominam miło tego stypendium….

Wróćmy jeszcze do przedmiotów z Twojego mieszkania. Pełno w nim tkanin.

Są one moją największą słabością. Jeżeli w ogóle miałbym użyć słowa kolekcja, to chyba wyłącznie w stosunku do tkanin, choć nie są one zbierane z jakąś specjalną systematycznością. Jak wspomniałem, w przedmiotach poza ich estetyką, ciekawi mnie ich historia, która nieustannie przyrasta. Przedmioty niosą kontekst swego powstania, kolejnych właścicieli, w jakiś konkretnych okolicznościach znalazły się u mnie i stają się świadkami wydarzeń z mojego życia. Z wieloma z tych tkanin wiążą się anegdoty, które bardzo lubię.

Na przykład kilim Irysy; ciekawy, rozpoznawalny projekt. Bardzo mi się ten wzór zawsze podobał. Został wykonany w latach międzywojennych w Glinianach (mała miejscowość pod Lwowem, słynąca z przemysłu kilimkarskiego), w pracowni Michała Chamuły. Udało mi się go kupić w antykwariacie w Krakowie za dość przystępną cenę. Pamiętam, była wtedy zima. Ja, ubrany w stary kożuch po moim ojcu i w futrzaną czapę, bardzo zadowolony z zakupu, maszerowałem na dworzec, trzymając w rękach dwie foliowe siaty, z których wystawały stare frędzle nabytych przed momentem kilimów. W pewnym momencie zorientowałem się, że z kieszeni kożucha wypadł mi bilet kolejowy. Odstawiłem siatki przy napotkanym przystanku autobusowym, aby spokojnie rozejrzeć się za zgubą i zauważyłem, że ludzie stojący na przystanku odsuwają się ode mnie, a do moich uszu dobiegł taki komentarz: “Popatrz, taki młody, a już bezdomny”. Chwilę temu dyskutowałem o kilimie w antykwariacie, wymieniłem się z właścicielem sklepu, myślę, ciekawą wiedzą, a zaraz potem zostałem wzięty za bezdomnego, który cały swój majątek dźwiga tych siatkach i prawdopodobnie idzie na dworzec rozłożyć się na tej szmacie i doczekać kolejnego dnia. Do Poznania dojechałem w znakomitym humorze!

Nie tylko tkaniny przykuły moją uwagę, ale również kuchnia, a dokładniej bufet, który tam stoi.

Powojenny bufet podarowała mi moja przyjaciółka Marta, a pomysł, aby go tak wykorzystać, podpatrzyłem u moich znajomych, tak więc nie jest on moim autorskim. Gdy się tutaj sprowadziłem, wiedziałem, że nie potrzebuję wielkiej kuchni. Sposób życia oraz lokalizacja powodują, że jadam na zewnątrz. Nie gotuję, nie potrafię zresztą tego robić. A być może potrafię, tylko nigdy nie próbowałem. Więc, po pierwsze, nie chciałem aranżować tradycyjnej kuchni, po drugie stwierdziłem, że skoro mieszkanie jest niewielkie, to trzeba to pomieszczenie wykorzystać bardziej „pokojowo”. Z tym pomysłem wiążę się kolejna historia. Otóż kiedy bufet został przywieziony przez dwóch panów od przeprowadzek, to nie pytając mnie o nic od razu zamierzali go wprowadzić do pokoju dziennego, uznając, że tak duży pokojowy mebel musi stać właśnie tam. Poprosiłem ich, aby bufet przenieśli do kuchni. Po chwili usłyszałem, jak jeden mówi do drugiego: “I co się pchałeś do tego pokoju, mówiłem ci, że to nie będzie mieszkanie, tylko kancelaria”. Nie skomentowałem tego. Po kilkunastu minutach do mieszkania przyjechali inni panowie z pianinem. Strudzeni wnoszeniem ciężkiego instrumentu na piętra weszli do mieszkania, a ja ich skierowałem do dużego pokoju. Panowie od bufetu jeszcze coś w mieszkaniu ustawiali. I ten zgaszony wcześniejszą ripostą, triumfalnie powiedział: “Tak, kancelaria? A widziałeś kiedyś pianino w kancelarii?”.

Na koniec chciałabym zapytać o początek. Jak zaczęło się twoje zainteresowanie historią sztuki?

Kiedy byłem dzieckiem, mój ojciec wpadł na bystry pomysł, który polecam zresztą wszystkim rodzicom, aby przetestować, co mnie najbardziej zainteresuje. W związku z tym odwiedziliśmy wszystkie możliwe teatry – muzyczny, dramatyczny, operowy, muzea oraz galerie sztuki. Zapoznał mnie z wieloma dyscyplinami sportowymi – mecze piłki nożnej, siatkówki, a nawet żużel. Do tego oczywiście wszystkie przyrodnicze i krajobrazowe atrakcje. Czynił tak by wyczuć, w czym się najlepiej się odnajduję, co mnie najbardziej wciąga, aby w przyszłości pogłębiać już konkretniejsze zainteresowania.
I okazało się, że obszar kultury najbardziej mnie fascynuje. Mój ojciec, który z zawodu jest inżynierem, ale z licznymi zainteresowaniami historycznymi, zaczął je z ogromną konsekwencją, ale zarazem całkowicie pozbawianą jakiejkolwiek nachalności, we mnie rozwijać. Gdziekolwiek jechaliśmy, tato się zawsze przygotowywał, aby temu, co odwiedzamy, towarzyszyła narracja, aby zabytki były ciekawie dobrane, a repertuar w teatrze czy na koncercie były trafione. Równocześnie drugą siłą inspirującą była dość ekscentryczna ciotka mojej matki, która opowiadała o swojej rodzinie oraz o swoim przedwojennym życiu. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że w dużej mierze były to ubarwione historie, ale wtedy nie mogłem tego zweryfikować. Niewątpliwie ciotka miała ogromną umiejętność opowiadania, która trafiła na podatny grunt. Te snute przez nią opowieści o kulturze materialnej, obyczajowości silnie działały na wyobraźnię dziecka. Kiedy moje zainteresowanie historią sztuki było wyraźne, mama zapisała mnie na zajęcia do pani Niny Antkowiakowej, która prowadziła koło historii sztuki w Centrum Kultury Zamek. Była to zjawiskowa, także ekscentryczna starsza dama z bardzo śmiałymi poglądami. Pamiętam, że trochę się jej baliśmy. Na każdych zajęciach musieliśmy przestrzegać zasad savoir-vivre’u. Skład tej grupy był bardzo różnorodny; od dzieci  ze szkoły podstawowej po studentów. Wszyscy siedzieliśmy przy bardzo dużym stole i niezależnie od wieku, kiedy wchodziła dziewczyna, trzeba było wstać i odebrać od niej płaszcz i przysunąć jej krzesło. Wszystko to było połączone z historią sztuki oraz z świetnymi anegdotami, które nam opowiadała. Dziś nie jestem już nawet pewien, co było w tym ważniejsze: spotkanie z jej osobowości czy ta historia sztuki.

tekst i wywiad: Magda Bałkowska
zdjęcia: Maja Musznicka

12 września 2017


Poprzedni wpis

Następny wpis