Piotr Metz

Dziś zabieramy Was do domu Piotra Metza – dziennikarza muzycznego, pana z radia, którego słucham od czasów, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej. Nie ukrywam, że było to dla mnie wyjątkowe spotkanie i rozmowa, bo Pan Piotr jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem wywiadu.

Poznaliśmy się ponad dwa lata temu na festiwalu Transatlantyk. Kiedy spostrzegłam, że obok mnie stoi człowiek, którego audycje ukształtowały mnie muzycznie, nie mogłam się nie przywitać i porozmawiać. Od tego momentu takich okazji do rozmów było jeszcze wiele. Jedną z nich był wywiad  dla Milk & Sun.

Kto zna naszego dzisiejszego bohatera, ten wie, że żyje on w nieustannej podróży – Warszawa, Kraków, Londyn, Nowy York – to stałe przystanki na jego drodze. My spotykamy go na jego ulubionym, warszawskim Grochowie, w mieszkaniu na poddaszu, które wypełnione jest muzyką i ciekawym wzornictwem. Niech wybaczy mi Le Corbusier, którego leżanka pięknie zdobi przestrzeń domu, ale to muzyka – w postaci płyt, sprzętu, pamiątek robi tu największe wrażenie. W mieszkaniu Pana Piotra można bowiem natrafić na pocztówkę od samego Johna Lennona, podziękowania od Paula McCartneya, kosmiczną kolekcję sprzętu grającego czy unikalną kolekcję płyt wizyjnych, które, jak się dowiaduję, są poprzednikiem płyt DVD.

Podczas rozmowy Pan Piotr zdradza nam, co aktualnie kolekcjonuje, jak wygląda życie na barce, jak dużo o człowieku mówi jego mieszkanie i które miejsca, w jego ulubionych miastach są dla niego ważne.

1 2 3 4

6_3 6dwa7 cytat1

11

12_1212_1

13 15 16 17 18 19 20 21 22 23

28

Pana mieszkanie w Krakowie wypełnia ogromna kolekcja płyt. Tu, w Warszawie możemy podziwiać np. kolekcję płyt wizyjnych (poprzednik DVD). Nie da się ukryć, że jest Pan typem kolekcjonera. Co Pan aktualnie zbiera?

Zbieram rzeczy, które mnie interesują. Są to głównie płyty, książki i gazety. Wybieram sobie często jeden temat i próbuję go eksplorować. Odkąd pamiętam jestem bardzo gazetowy. Jak byłem całkiem mały, moim absolutnym, życiowym marzeniem była praca w kiosku ruchu. Chciałem mieć dostęp do wszystkich gazet. Moim ogromnym osiągnięciem ostatnich miesięcy, było znalezienie w Łodzi wszystkich egzemplarzy i roczników miesięcznika „Ty i Ja”. Jest to gazeta, na której w dużej mierze się wychowałem. W latach mojej młodości, „Ty i Ja” była niesamowitym oknem na świat, z przedrukami z prasy zachodniej. Jako pierwsi w Polsce przedrukowała w fragmentach „Mistrza i Małgorzatę”. Okładki do tego czasopisma robili najlepsi polscy graficy – Cieślewicz, Świerzy, Tomaszewski, Fangor. To niewiarygodne, jak ta gazeta wyprzedzała swoje czasy. Do dziś „Ty i Ja” robi ogromne wrażenie. Czytam ją z wypiekami na twarzy.

Gazet mam z całą pewnością za dużo, ale staram się nad tym zapanować. Czasopisma są dla mnie w pewnym sensie materiałem źródłowym. W 63, 64 czy 65 roku nie wiedziano wielu rzeczy, które teraz wiemy z perspektywy czasu. Mnie interesuje to, co „NME” napisało o nowej płycie The Beatles w momencie, kiedy ona wyszła, a nie co 50 lat później napisał o niej jakiś mądrala. Mam wszystkie roczniki „NME” z tamtego okresu. Dzięki temu wiem, że wtedy nie było tak, jak nam się wydaje teraz, że istnieli tylko The Beatles, The Rolling Stones, Hendrix, a po nich długo, długo nic. Oni byli jednymi z wielu zespołów, których była masa, ale reszta po prostu nie przetrwała do dzisiaj. „NME” z tamtych lat to dla mnie obraz epoki.

Ja ostatnio wróciłam do „Machiny”, której redaktorem naczelnym był Pan przez 6 lat. I ze smutkiem stwierdzam, że brakuje takiego pisma na rynku.

Machina” nie utrzymała się z wielu powodów. Między innymi dlatego, że nasz wydawca zakupił inny tytuł, o innej skali biznesowej i na nim się skoncentrował. W najlepszym okresie „Machina” sobie całkiem nieźle radziła reklamowo. Wspominam to jako fajną przygodę. Ale jestem zorientowany na to co będzie, a nie na to co było. Jest to bardzo miłe wspomnienie. Od czasu do czasu wracam do „Machiny” bo kilka razy zdarzyło się, że ktoś pisał o niej pracę magisterską i prosił mnie o pomoc w tym temacie. Kiedy tworzyliśmy „Machinę” trudno było o dystans i neutralność. Teraz je mam. I wiem, że udało nam się zrobić parę fajnych rzeczy. A największym sukcesem było wydanie w trudnych czasach 72 egzemplarzy miesięcznika o nie najniższej cenie.

Pisaliście też o designie.

Tak. To była dziwna historia. Z uwagi na własne hobby, gdzieś tam zacząłem do „Machiny” przemycać artykuły o designie i okazało się że natrafiliśmy na podatny grunt reklamodawców, którzy z uwagi na pazur i ząb czasopisma, chcieli się w „Machinie” reklamować. Metodą kuli śnieżnej szybko doprowadziło to do wydania osobnej „Machiny Design”, a potem nawet do nagród. Skończyło się w hali na Okęciu ze złotym samolotem i nie wiadomo czym tam jeszcze. A ja byłem zapraszany na panele dyskusyjne jako mistrz designu!

Ma Pan tu kilka perełek designu – Corbusiera, starego Chesterfielda.

No tak, ale ja jestem tylko hobbystą, broń Boże profesjonalistą. Lubię ładne rzeczy, po prostu.

A czy wg Pana przestrzeń, w której żyjemy wpływa na to kim jesteśmy?

Myślę, że mieszkanie mówi o człowieku sporo. Jestem również absolutnie przekonany, że przestrzeń w której się żyje, powinno się kształtować samemu, a nie czerpać gotowe wzory. Nawet jeśli używamy, ze względów praktycznych czy ekonomicznych, mebli z Ikea, która swoją drogą ma dobry design, to fajnie jest to złamać. Ja w ogóle jestem fanem Ikea. Mam dużo rzeczy z tego sklepu. Stół, przy którym teraz siedzimy, kilka szafek. Uważam, że można za pomocą różnych klocków kształtować swoją przestrzeń, ale trzeba kształtować ją według siebie, nie kupować gotowców.

Wchodząc do Pana mieszkania, piorunujące wrażenie robi stojący tu sprzęt grający.

Jest to w dużej mierze sprzęt z lat 80 i 90 XX wieku. Oglądałem go sobie kiedyś na kolorowych obrazkach w katalogach, zdobytych zresztą cudem. Zawsze chciałem go mieć Ma on bardziej znaczenie sentymentalno-wizualne niż funkcjonalne. Nie ukrywam, że interesował mnie zawsze sprzęt, który był nietypowo zaprojektowany. To jest klucz do tej kolekcji. W nocy kiedy się go zaświeci, wygląda jak nowojorski wieżowiec.

Cały czas towarzyszy Panu muzyka, czy zdarzają się Panu momenty ciszy?

Mnie muzyka nie męczy, nigdy nie męczyła, więc raczej nie mam momentów ciszy. Funduję sobie czasem reset w pociągu, nic nie robię i odpoczywam. Jeśli się uda, to staram się raz w roku wyjechać na tydzień, gdzie mam przed sobą tylko morze, książkę i słuchawki. Ale przy moim trybie pracy o taki tydzień jest bardzo trudno. Na pewno nie mam wolnych weekendów, ustalonych godzin pracy w tygodniu. Ale nie narzekam. Nie zamieniłby się na pracę na poczcie na pewno.

A w kiosku?

Teraz to już chyba nie jest takie fajne jak kiedyś. Ale jak byłem mały, to naprawdę było fajne. Wspomniałem o tym kiosku jako o dowcipie, ale wtedy były takie czasy, że aby zdobyć upragnione czasopismo, wstawałem wcześnie rano i pod kioskiem jako pierwszy, bo dostępny był tylko jeden egzemplarz. Po latach moja mama wspominała, że wydawałem na gazety potworne pieniądze. Myślę jednak, że ta pasja do gazet mnie ukształtowała.

Wspomniał Pan o pracy. Miałam kilka razy okazję zobaczyć jak tworzy Pan audycję „Lista Osobista”. W ciągu trzech godzin pokonuje Pan setki metrów pomiędzy studiem a pokojem realizatora. Tworzy Pan program dosłownie na żywo.

Tak mam. Ostateczny układ muzyki powstaje w czasie programu. Przynoszę zawsze trzy razy więcej płyt i wybieram “słysząc”, co teraz najlepiej zagra. Nie potrafiłbym napisać wcześniej sztywnego scenariusza, choć rzecz jasna podstawowe tematy programu planuję wcześniej.

Jest Pan nieustanie w podróży. Zastanawiam się czy prowadząc taki tryb życia, przywiązuje się Pan do miejsc?

Myślę, że jak się jest ciągle w ruchu to nie trzeba przyzwyczajać się do miejsc, bo to niczemu nie służy. Jestem tak skonstruowany, że mógłbym się przenieść jutro w zupełnie nowe miejsce i tam zapuścić korzenie. Kiedyś jeżdżenie po świecie nie było takie proste. Wyjazd za granicę był dużym wydarzeniem, świętem. Dziś jest na szczęście inaczej. Przez dwa lata, co piątek, jeździłem do Londynu, skąd prowadziłem program radiowy, i traktowałem to tak jak wyjazd do Krakowa.

To była audycja Zjednoczone Królestwo, prowadził Pan ten program z Radia BBC. Proszę opowiedzieć o tej przygodzie trochę więcej.

Z sekcją muzyczna BBC byłem związany od lat 90-tych. Te doświadczenia mogłem wykorzystać podczas londyńskiej przygody. Pozyskiwałem co tydzień najnowsze materiały BBC, wywiady z wszystkimi największymi, koncerty i sesje radiowe. Zrobiliśmy nawet w BBC koncert na żywo Pati Yang. A Bono raz gościł w studio obok, na nieszczęście akurat skończyłem swój program. Kupiłem sobie tam nawet barkę na której mieszkałem.

Barkę?

Jeździłem tam co tydzień przez prawie dwa lata i miałem jakiś budżet na noclegi. A hotele w Londynie są okropne. Jak się tam jeździ okazjonalnie, to można się przespać w hotelu, ale jak się jeździ co tydzień, to chce się mieć coś swojego. I wymyśliłem, że kupię sobie barkę. Strasznie starą i zdezelowaną. Ale udało mi się nawet na niej popływać. W Anglii jest cała kultura barkowa. Przez ostatnie 20 lat Anglicy mocno pracowali nad tym, aby udrożnić sieć kanałów, która oplata całą Anglię. Jest to stara kultura, która pozostała tam do dzisiaj. Taki osobny, fascynujący świat, którego nawet jak jesteś w Londynie, nie dostrzegasz. Ludzie rzadko mieszkają na stałe na barkach, chodź zdarzają się i tacy. Spędzają tam weekendy lub robią krótkie wypady w tygodniu, tak jak na działkę. Wokół barek zbudowana jest cała infrastruktura, na przykład przystań z supermarketem.

I jak się mieszka na barce?

Kołysze. A rano drą się kaczki. Miałem tam w pełni wyposażona kuchnię, prysznic, piecyk typu koza i sprzęt grający. Dwa razy do roku wszyscy barkowicze z naszej przystani sprzątali teren i urządzaliśmy imprezę. Zimą łatwo nie było, angielskie deszcze też dawały w kość. Za to latem – pełny biwak. Obiecuję sobie kiedyś to powtórzyć.

Ma Pan swoje ulubione ścieżki w Warszawie, Krakowie, Nowym Jorku i Londynie?

Temat rzeka, bo wszystkie cztery miasta znam dość dogłębnie. Szybkie skojarzenia: Warszawa – Grochów, gdzie mieszkam i którego jestem lokalnym patriotą. I okolice radiowej Trójki – to była pierwsza część Warszawy, jaką poznałem, kiedy zaczynałem radiową przygodę. Kraków to przede wszystkim Kazimierz, gdzie się wychowałem, głównie mniej znana część w okolicach kościoła Św. Katarzyny. Nowy Jork – Soho, Soho, Soho. Londyn – Kensington, gdzie też kiedyś pomieszkiwałem, “barkowe” Alperton no i Abbey Road.

Pana podróże wiążą się często z wywiadami, których zliczenie jest szalenie trudne. Chciałabym zapytać, które wspomina Pan najbardziej?

Znów temat rzeka. Mick Jagger, Keith Richards, McCartney, Ringo Starr, Madonna. To pewnie te najważniejsze. Ale najbardziej pamiętam i tak te związane z dziwnymi przygodami – np. jazda warszawską taksówką do …Bremy, żeby dopaść AC/DC mimo spóźnienia na samolot.

PS
Panu Piotrowi udało się dotrzeć na wywiad z AC/DC. Nie bez przygód jednak. Po drodze miało miejsce między innymi zderzenie z sarną, która znacznie zmieniła kształt samochodu. Niemniej to osobna historia, którą Pan Piotr może opowiem Wam, jak spotkacie go gdzieś przypadkowo, tak jak ja.

wywiad i tekst: Magda Bałkowska
foto: Paulina Grosiak
opracowanie: Maja Musznicka

18 stycznia 2016


Poprzedni wpis

Następny wpis